Hotele
Linie lotnicze

Artykuły chętnie czytane na stronie

Podróże

Czytaj też

Austria | Ischgl - lifestylowa metropolia Alp

 

Wraz z pojawieniem się śniegu, życie mocno tu przyśpiesza, staje się nieco niegrzeczne. Rytm dnia i nocy wyznaczają imprezy, koncerty oraz różnorakie narciarskie zawody. Zabawa trwa do maja, a jej uczestnicy doświadczają na własnej skórze, że w ośnieżonej krainie wszystko jest możliwe. Tak toczy się życie w Ischgl, jednym z najmodniejszych i najbardziej imprezowych kurortów w austriackim Tyrolu. Dla wielu to miejsce modne, w którym po prostu wypada się pokazać.


Z wypowiedzeniem nazwy miejscowości wiele osób ma pewien kłopot, choć sam dźwięk słowa "Ischgl" na twarzach zapaleńców sportów zimowych wywołuje szeroki uśmiech. To miejsce, w którym après ski jest równie ważne, co samo śnieżne szaleństwo. A może i ważniejsze. Waśnie dzięki zabawie austriackie miasteczko, liczące zaledwie 1600 stałych mieszkańców, zyskało miano "lifestylowej metropolii Alp". 

 

Czytaj też    
 
Ischgl fot. travelerdeluxe

Ischgl fot. travelerdeluxe

Ischgl fot. travelerdeluxe
 
Wszystko dobre, co się dobrze zaczyna. Gdy ponad alpejskimi szczytami rozbrzmiewa nagle głośna muzyka, oznacza to, że rozpoczął się sezon narciarski. I nie chodzi tylko o bary, w których podryguje się w rytm najnowszych hitów. Ischgl nie byłoby sobą bez rockandrollowego sznytu na stokach. Od lat próbuje przekonać swoich gości, że dobra zabawa i narciarstwo z powodzeniem mogą iść w parze. Służą temu przede wszystkim słynne koncerty, jakie odbywają się w centrum miasta z okazji rozpoczęcia sezonu narciarskiego i na Wielkanoc. Jest jeszcze Top of the Mountain, osławiona muzyczna impreza kończąca sezon. Właśnie to wydarzenie pomogło tyrolskiej miejscowości stać się lifestylową metropolią Alp. Zimowa scena na wysokości 2300 m n.p.m w Idalp, w samym środku narciarskiej przestrzeni, gości największe światowe nazwiska. Na pierwszym Top of the Mountain w 1995 roku wystąpił Elton John. Później wśród gwiazd otoczonych przez ośnieżone szczyty znaleźli się Tina Turner, Sting, Deep Purple, Rihanna, Melanie C, Scissor Sisters, The Pussycat Dolls… Dla posiadaczy ważnych skipassów wstęp na wszystkie koncerty pod gołym niebem jest wolny.

Top of the Mountain przemienia całą miejscowość w jedną wielką imprezę. Podczas koncertów różne trunki leją się takimi strumieniami tak bardzo, że nazajutrz stoki są… idealnie puste. Warto to wykorzystać.

 

Chodźcie na narty

Chociaż Ischgl robi wszystko co może, by stać się symbolem niegrzecznego kurortu z pieprzykiem, to jest też aktywne, sportowe i przede wszystkim wyjątkowo atrakcyjnie narciarsko. Kochający zjazdy dostaną tu wszystko o czym marzą. Bezgraniczne białe szaleństwo odbywa się na bajkowo przygotowanych trasach, w większości czerwonych i czarnych, choć i oślich łączek nie brakuje. Bramy tego raju otwiera zaś jeden karnet.

Stoki Ischgl fot. travelerdeluxe

Stoki Ischgl fot. travelerdeluxe
Silvretta Arena (czyli zbocza nad Ischgl oraz leżącym za granią szwajcarskim Samnaun) to blisko 250 km tras wytyczonych pomiędzy 1377 a 2872 m n.p.m. Do tego dochodzą hektary powierzchni do jazdy terenowej, na których można bezpiecznie dawkować poziom adrenaliny i doświadczać, jak niebywałe możliwości ma Ischgl. Kto chce się o tym tym przekonać, w góry powinien się wybrać się z miejscowym przewodnikiem, który zna tutejsze zakamarki. Pod skrzydłami takiej osoby zjazd po tzw. ski routes, czyli oznaczonych, ale nie przygotowywanych i nie patrolowanych trasach, staną się prawdziwą przygodą. To kolejny dowód na to, że Ischgl to prawdziwie alpejska stacja z  ofertą nie tylko dla narciarzy rozrywkowych.
Stoki Ischgl fot. travelerdeluxe
Kiedy zima mija, nadchodzi czas na wiosenne zjazdy. Większość nartostrad leży powyżej 2 tys. metrów, więc o śnieg nie należy się martwić. Co więcej, pod koniec sezonu jest największa szansa na zakosztowanie firnu, czyli śniegu-marzenia każdego narciarza. Występujący wyłącznie wiosną firn powstaje w efekcie dużych różnic temperatur pomiędzy dniem i nocą. Jest bardzo szybki, ponieważ drobiny lodu działają jak łożyska kulkowe, a jednocześnie przyczepny, w odróżnieniu od gładkiego lodu. Najlepiej sprawdza się rano i późnym popołudniem, gdy temperatura spada poniżej zera. Bywa też, że nawet gdy kończy się kwiecień, tu wciąż pada śnieg, a ratraki ledwo nadążają z wygładzaniem metrowych zasp.
Ale... Po zachodzie słońca zabawa na świeżym powietrzu się nie kończy. Kiedy już zapadnie zmrok, przy górnej stacji gondoli Silvretta otwierany jest tor saneczkowy, jeden z najdłuższych w Alpach. Siedem kilometrów szalonego nocnego zjazdu prosto do Ischgl może być równie emocjonujące co poranne szusowanie po nieskazitelnym sztruksie.

Na grzane wino lub sznapsa do dudniących głośną muzyką przybytków rozrywki tłumy wpadają po 16.30, tuż po zamknięciu wyciągów. Przychodzą do nich, a może bardziej zjeżdżają z gór, w pełnym rynsztunku narciarskim lub snowboardowym.

Ischgl fot. travelerdeluxe

Ischgl fot. travelerdeluxe

Do barów prowadzą eleganckie uliczki. Wokół pełno modnych sklepów. W butikach Prady i Diora stracić można małą fortunę. Kto chce zaoszczędzić nieco grosza, może z Ischgl wybrać się na wolnocłowe zakupy do Szwajcarii, do malowniczo położonej strefy wolnocłowej w Samnaun. Sklepów jest ponad pięćdziesiąt - od spożywczych począwszy, na salonach z kosmetykami skończywszy.
 
Na miejscu są też bary, kluby i puby, do których nie wypada przyjść w narciarskim stroju. Często potrzebna jest wcześniejsza rezerwacja. Tak jak w przypadku nowoczesnego klubu w hotelu Madlein, w którym swoje urodziny świętowała Paris Hilton, a wśród stałych gości są Victoria Beckham i Naomi Campbell.
 

Jeśli nie Ischgl, to co?

Co jednak zrobić, jeżeli hałas rozrywkowego Ischgl jest nie na nasze nerwy, ale nie chcemy rezygnować z bezgranicznej przyjemności szusowania? Jest na to proste lekarstwo. Wystarczy wybrać pozostałe, kameralne kurorty w dolinie Paznaun: Kappl, See lub wyjątkowo urokliwy Galtur. To kolejne perełki imponującej krainy górskich szczytów. Wszystkie aspirują do tego, by stać się urzeczywistnieniem narciarskich marzeń. Idealny rodzinny urlop to motyw przewodni tych sielskich zakątków. Za wypoczynkiem tu przemawiają też konkurencyjne ceny. Kameralne, ale też wytworne hotele i przytulne restauracje nie rujnują kieszeni. Ceny mogą być nawet połowę niższe niż w oddalonym pół godziny drogi Ischgl. Poza tym wypoczywa się tu bez uciążliwych kolejek i bez długich czasów oczekiwania do wyciągów. W Kappl-Sunny Mountain wytyczone zostały trasy zjazdowe marzeń. Czy nie brzmi to wspaniale? A jeśli ktoś poczuje przesyt nartami i zechce na chwilę od nich odpocząć, może poczuć wiatr we włosach na tutejszym torze saneczkowym. Nocne szaleństwo dorosłych zamienia w rozradowane dzieci. Równie wiele emocji przynoszą wędrówki w rakietach śnieżnych albo romantyczne przejażdżki saniami konnymi.
Galtur fot. travelerdeluxe

Galtur fot. travelerdeluxe

fot. travelerdeluxe
W całej dolinie Paznaun łatwo dać się oczarować menu kuszącym przysmakami z regionu i międzynarodowymi specjałami z całego świata. Trudno się dziwić, że w swej najnowszej edycji Gault Millau uznał Ischgl za kulinarny hotspot regionu alpejskiego i do elity zaliczył pięć tutejszych restauracji, które łącznie odznaczone zostały 12 czapkami przewodnika. Natomiast od 2007 roku cała dolina Paznaun oznaczona jest marką "Region Dobrego Smaku", chroniącą tradycję i kulturę oraz ukazującą, że turystyka i rolnictwo są tu ze sobą powiązane w szczególny sposób.
Austriacka kuchnia fot. travelerdeluxe

Austriacka kuchnia fot. travelerdeluxe
Nie wyjeżdżajcie stąd bez spróbowania Kaiserschmarrn, knedli, pączków z wędzonki, boczku, kiełbasy, miodu czy najprawdziwszych tyrolskich serów z mleka miejscowych krów, w tym słynnego Paznauner Almkase, górskiego sera z Paznaun. W sercu tyrolskich Alp najprostsze dania smakują wyjątkowo.


 


 


Najlepsze filmy o gotowaniu, czyli karta dań prosto z ekranu

 

Smakowite kąski na ekranie? Dlaczego nie! O tym, że gotowanie może stać się hitem, świadczy rosnąca popularność programów kulinarnych, których coraz więcej w rodzimych stacjach telewizyjnych, ale też ogromna rzesza fanów osób pichcących na ekranie. Magda Gessler to już osobowość telewizyjna, podobnie jak Robert Makłowicz, Wojciech Modest Amaro, Karol Okrasa czy Grzegorz Łapanowski. Nie sposób wymienić wszystkich.
Filmowcy idą dalej. Do smacznego menu dodają szczyptę dobrego scenariusza i kilka łyżek świetnych aktorów, tworząc szalone komedie, albo kulinarne dramaty. Zanim zaczniecie oglądać jeden z nich, sięgnijcie po ulubiony smakołyk. Przypominamy Wam kilka filmowych dań dla prawdziwych smakoszy, życząc przy okazji smacznego. 


"Julie i Julia"

Wielbiciele programów kulinarnych doskonale wiedzą, że nie jest łatwo odwzorować przepis znanego im z ekranu mistrza. Wie to również Julie Powell (Amy Adams), która postanawia, że w ciągu roku zrealizuje wszystkie 524 przepisy z książki kucharskiej "Mastering the Art of French Cooking", czyli dzieła Julii Child (Meryl Streep). Doświadczenia kulinarne nasza bohaterka zaczyna opisywać na blogu.


 Lekki, dowcipny, wzruszający i bawiący film bazujący na dwóch prawdziwych historiach udowadnia, że w życiu możliwe jest wszystko, wystarczy odpowiednia kombinacja pasji, odwagi i masła.
Wyjątkowo smakowity film, po którym ma się wielką ochotę jeść i gotować.

 

"Smażone zielone pomidory"


 W smaku delikatnie przypominają cukinię, choć są od niej delikatniejsze. Kto chce spróbować "Smażonych zielonych pomidorów", powinien zobaczyć film z Kathy Bates w roli głównej. Genialne widowisko z przepisem w tle.
W filmie i powieści o tym samym tytule splatają się dwa równoważne wątki. Spina je tajemnicza staruszka - Miz Threadgoode. To ona w młodości była współwłaścicielką Whistle Stop Café, w którym serwowała smażone zielone pomidory, jako specjalność zakładu. Tematem filmu są problemy w nietolerancyjnym społeczeństwie, jednak zapach soczystych warzyw niemal wydobywa się ekranu.
 

"Ratatouille", przepis na danie z warzyw


 Ratatouille, czy jak kto woli ratatuj, to przysmak nie tylko Francuzów. Jak wykonać to danie? To z całą pewnością wie młody szczur o imieniu Remy, bohater rysunkowego filmu pod tytułem… "Ratatuj". W końcu przysmak z warzyw, popularna na południu Francji potrawa z gotowanych warzyw, głównie z cebuli, czosnku, kabaczków i papryki, to jego popisowe danie. Historia Remiego jest nieprawdopodobna. Porzucił śmietnikowe korzenie i przy pomocy swego czarującego przyjaciela, zaczął gotować. Udowodnił wszystkim, że marzenia się spełniają.
Twórcy filmu długo przygotowywali się do stworzenia rysunkowego gryzonia-kucharza. Wnikliwe badania filmowcy przeprowadzali jedząc w niemal wszystkich sławnych restauracjach w Paryżu. Sami odbyli też lekcje gotowania.
 

"Skrzydełko czy nóżka"

 

To opowieść o wojnie "kucharstwa wysokiego" z fast foodami. W roli Charlesa Duchemina, znawcy kuchni i smakosza – sam Louis De Funes. W roli potraw ślimaki, ostrygi, foie gras, żabie udka i oczywiście drób.
Książę gastronomii, jak zwykł na siebie mówić bohater, to ważna persona w gastronomicznym świecie. Choć sam nie gotuje, jeździ incognito po francuskich restauracjach i decyduje o ich być albo nie być. Swe opinie zamieszcza w kulinarnym przewodniku. Jednak los płata różne figle. W tym przypadku krytyk kulinarny stracił smak.
 

"Czekolada" na deser

 Jak powinien smakować dobry deser? To pytanie do Juliette Binoche i Johnnego Deppa. Film "Czekolada" to opowieść o samotnej matce i jej córce, które po przeprowadzce do małego francuskiego miasteczka, postanawiają otworzyć w nim sklep z czekoladą. Ale to tylko początek historii. Słodki smak jest tu wszędzie. Czekolada czasami jest gorzka, bywa mleczna, biała, deserowa, smakowa, z dodatkami lub bez, na gorąco, w tabliczce, pralinie czy dodana do potraw. Jak w życiu. Czekolada jest też afrodyzjakiem, rozpala zmysły i oglądających film widzów.
 

Mafia zna włoski smak

 Włoskie kobiety bez wątpienia są znawczyniami dobrej, prostej kuchni. Jednak mafijne kino pozwoliło nam przekonać się, że nie tylko one potrafią gotować. Kto dokładnie oglądała "Ojca chrzestnego" Francisa Forda Coppoli, zobaczył jak prawidłowo ugotować makaron. Tam robili to przedstawiciele mafii szykujący się na wojnę z wrogim klanem. "Chłopcy z ferajny" poszli dalej. W więzieniu zabrali się za gotowanie klopsików w sosie pomidorowym. Na ekranie najwięksi bandyci i mordercy pieczołowicie siekają, mieszają i przyprawiają, żeby w końcu zjeść ulubiony posiłek. Dzięki temu, przekonaliśmy się, że włoskie podniebienia nie uznają kompromisu, nawet za kratami.

 

Gdańsk, Sopot, Gdynia na weekend. Co zobaczyć, gdzie zjeść

 

W Trójmieście możecie spędzić całe wakacje, miesiąc, tydzień albo weekend, jeśli brakuje Wam czasu. Zapewne każdy z tych wyjazdów będzie się od siebie różnił. Trudno przecież w weekend zobaczyć to, na co można poświęcić kilka czy kilkanaście dni. Postaram się Wam jednak pomóc zaplanować trzy dni tak, byście znaleźli czas na zwiedzanie, wypoczynek i zjedzenie czegoś dobrego. Gdańsk, Sopot i Gdynia stoją przed Wami otworem!

Gdańsk, Motława fot. travelerdeluxe

Gdańsk

Gdańsk, w przeciwieństwie do Sopotu i Gdyni czaruje historią. Nie chcę Was nią zbytnio zanudzać, ale jest kilka rzeczy, na które warto tu zwrócić uwagę.

Zwiedzanie Gdańska w krótkim czasie jest w miarę proste do zaplanowania. Większość atrakcji skumulowana jest wokół Głównego Miasta, Długiego Targu i Motławy.
 
Czytaj też




 Do gdańskich "must see" zaliczyć musicie Neptuna. Bez niego miasto nie istnieje. Władca mórz stoi od 1615 roku w najbardziej reprezentacyjnej części Gdańska – na Długim Targu. Za plecami Neptuna znajdziecie Złotą Kamienicę, jeden z najpiękniejszych gdańskich budynków. To tu zdjęcia robią sobie fanki Instagrama. 
 
Po przejściu pod Zieloną Bramą znajdziecie się nad Motławą. Tu stoi Żuraw, najstarszy zachowany dźwig portowy w Europie. Znacie go z pocztówek. Jest jeszcze ulica Mariacka, uroczy zakątek to również mekka dla wszystkich turystów, którzy chcieliby na pamiątkę pobytu w Gdańsku kupić np. bursztynowe "cudeńko". O Mariackiej mówi się często, że jest najpiękniejszą ulicą w Gdańsku, a nawet w Polsce.

Tuż przy Motławie znajdziecie przystanki Żeglugi Gdańskiej, dzięki której tramwajem wodnym  dotrzecie do Sopotu, na Westerplatte, na Hel. Niedaleko stoi też koło widokowe AmberSky (Ołowianka 1), z którego zobaczycie Gdańsk z góry. Fajna atrakcja dla dzieci.
 
Bazylika Mariacka to kolejny wart uwagi punkt na mapie miasta. Ta największa ceglana świątynia na świecie, powstawała w kilku etapach w latach 1343-1502. Warto wybrać się na szczyt kościoła. Z tarasu widokowego rozciąga się wspaniały widok na okolicę.

Przy ul. Długiej 12 znajdziecie Dom Uphagena, jedyną w Gdańsku odtworzoną wraz ze swym wystrojem kamienicę mieszczańską. Stało się tak dzięki zapisowi Uphagena, który zabronił swym spadkobiercom zmian w wystroju domu. Miejsce dla miłośników historii.

Miejsc, w których zjecie jest w Gdańsku bez liku. Szczególnie polecam Wam ulicę Szafarnia z imponującym widokiem na Marinę.

 
Na kulinarnej mapie Trójmiasta pojawił się niedawno "Słony Spichlerz" na Wyspie Spichrzów (ul. Chmielna 10). Lokal, a w zasadzie dziewięć lokali gastronomicznych skumulowanych pod jednym dachem. Gdański "food court" to mini wersja warszawskiej Hali Koszyki. Warto zajrzeć.



 Czas na deser. Jeśli szukacie najlepszych lodów w Gdańsku, takich z tradycjami, zajrzyjcie do lodziarni "Miś" przy ul. Sukienniczej. W sezonie ustawia się tam ogonek wielbicieli smaków, ale warto być cierpliwym. Osobiście polecam Wam Umam Marina przy ul. Szafarnia 11, okrzykniętej najlepszą cukiernią w Trójmieście.

Jeśli wystarczy Wam czasu, zajrzyjcie do Muzeum II Wojny Światowej. Jest też Europejskie Centrum Solidarności - muzeum, które porusza emocje. Odwiedźcie Gdańsk Wrzeszcz - krainę nieznanych atrakcji i Zaspę z największą galeria murali w Europie i falowcem, najdłuższym budynkiem w Polsce, drugim pod względem długości budynkiem mieszkalnym Europy. Falowiec przy ul. Obrońców Wybrzeża ma blisko kilometr (860 metrów) długości. W pobliżu znajdziecie  "Avocado", sympatyczną vege restaurację, w której dwukrotnie stołował się zespół Depeche Mode.

Sopot


Na Sopot warto spojrzeć jak na kurort, bo nim właśnie jest. To miejsce idealne na leniwe spacery. Będą przyjemne, jeśli przyjedziecie tu przed sezonem lub po nim. Latem bywa tłoczno, szczególnie na Monciaku, na którym znajdziecie fantazyjny "Krzywy Domek", kolorową kamienicę wyglądem przypominającą chatkę Baby-Jagi. Tuż obok jest kultowy Spatif, od zawsze klub stowarzyszenia polskich artystów teatru i filmu. To tu przed laty przesiadywali Agnieszka Osiecka, Zbigniew Cybulski, Bogumił Kobiela.

Sopot Krzywy Domek fot. travelerdeluxe

Schodząc w dół ulicą Monte Casino znajdziecie sopocką gwiazdę - Molo. Każdy, kto przybywa do Sopotu musi tu być. Symbol miasta jest najdłuższym drewnianym molem w Europie (512 m). W sezonie za opłatą, a poza sezonem bezpłatnie możemy tu wejść i podziwiać piękny widok na Zatokę Gdańską czy historyczny hotel Sofitel Grand Sopot.

Nieco więcej czasu wymaga spacer do Opery Leśnej. Słynny amfiteatr otwarto w 1909 roku. Znacie zapewne to miejsce z telewizji, od lat odbywają się tu koncerty i festiwale.

W Sopocie dobrze zjecie, to pewne. Są tu miejsca kultowe, jak Bar Przystań przy Alei Wojska Polskiego 11. Nie ważne czy jest lato, czy zima, w lokalu tuż przy plaży są tłumy, a ogonek po zupę rybną ciągnie się do drzwi, często wychodząc na ulicę. 


 W kulinarny krajobraz Sopotu wrosła też restauracja "Seafood Station Restaurant" (ul. Dworcowa 7), moja ulubiona. To najlepsza restauracja serwująca świeże ryby i owoce morza (rewelacyjne kraby i fish and chips), która rano zmienia się w Breakfast Station, gdzie można zjeść pyszne śniadania. Tuż obok ulokował się "Cały Gaweł", który karmi równie rewelacyjnie. Podczas gdyńskiego Open'er Festival jest tu prawdziwy najazd młodzieży.
 
 Jeśli szukacie dobrych smaków, zajrzyjcie koniecznie do restauracji "Pélican" przy ul. Bohaterów Monte Cassino 63. Krewetki, ośmiornica i kalmary są tu po prostu pyszne.
Do wszystkich wymienionych lokali wejdziecie z psem. Dla mnie to ogromny atut.

Gdynia


Gdynia jest najmłodszym miastem, co nie znaczy, że brakuje tu atrakcji. Portowy i morski charakter Gdyni widać na każdym kroku. Zacznijmy od wysokiego C, czyli od atrakcji, która powstała kilka lat temu i szturmem zdobyła uznanie odwiedzających. To Muzeum Emigracji przy ul. Polskiej 1, które opowiada dzieje emigracji naszych rodaków na wszystkich kontynentach. Znajdziemy go na obszarze gdyńskiego portu, w dawnym budynku Dworca Morskiego.

Jest tu też Muzeum Miasta Gdyni, Muzeum Marynarki Wojennej i Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej, najlepszy teatr muzyczny w Polsce - taką opinię zostawiają goście tego miejsca. Z ciekawostek warto wiedzieć, że to największy teatr muzyczny w Polsce i drugi, po Teatrze Wielkim w Warszawie, pod względem liczby miejsc dla widzów.

Skwer Kościuszki, ulubione miejsce spacerów mieszkańców Gdyni i turystów to też przystań Daru Pomorza, historii polskiego żeglarstwa i Błyskawicy, legendy polskiej marynarki wojennej. Warto wejść na pokład, polskiego niszczyciela z okresu II Wojny Światowej, który był ówcześnie jedną z najnowocześniejszych jednostek swojego typu na świecie. Jest jeszcze coś, czego nie mogą pominąć fani motoryzacji. Waśnie dla nich zebrano w jednym miejscu 120 zabytkowych maszyn - 26 unikatowych motocykli (najstarszy to Raleigh z 1917 r.) i 10 zabytkowych samochodów z lat 1925-1950. Co więcej, wszystkie pojazdy gotowe są do użycia.
 

 


 Są w Gdyni miejsca, gdzie czas płynie wolniej. Bezsprzecznie należy do nich Orłowo, z charakterystycznym, wrzynającym się w morze klifem, pocztówkową wizytówką miasta. Już sto lat temu stało się modne,  przyciągało sławy. "W tym domu mieszkał w 1920 r.  Stefan Żeromski. Wielki pisarz, piewca polskiego morza, rzecznik postępu i sprawiedliwości społecznej" - czytamy na tabliczce jednego z domów. Dziś warto tu przyjechać, by zrelaksować się na molo, plaży, malowniczych trasach spacerowych.
 


 Również Gdynia potrafi dobrze karmić. Miejscem godnym polecenia jest "Przystanek Orłowo" przy alei Zwycięstwa 237/3. To restauracja idealna na śniadanie, lunch i kolację. Mam wrażenie, że wiedzą o niej tylko miejscowi, zapewne dlatego, że nie znajduje się na żadnym szlaku turystycznym, więc ciężko do niego trafić przez przypadek. Szkoda! Wpadnijcie tu na własnoręcznie wyrabiane na miejscu makarony, aglio e olio z krewetkami, czosnkiem, natką pietruszki, szpinakiem i pecorino smakuje wybornie.
Na grillowane kalmary i specjalność lokalu: krewetki w różnych odsłonach wybierzcie się do "Honolulu Wise Wood" (Starowiejska 40A). Warto!
 
 

David Bowie pozostawił serce na Cyprze. Pokochał Lefkarę

 

Kiedy był wycieńczony ciężką pracą, nieustającym gwarem i naciskiem ze strony producentów, uciekał. Schronienie przed medialnym szumem znajdował na Cyprze. David Bowie pokochał  Cypr do tego stopnia, że napisał o niej jeden ze swych utworów.


Poszukiwanie śladów muzyka na wyspie nie jest proste. Przyznam, że mocno zdziwiło mnie to, że nawet miejscowi nie wiedzą, że bywał tam często i chętnie. Drogowskazem do odnajdywania śladów po Bowiem stały się dla mnie wspomnienia jego pierwszej żony, Angie Bowie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że bez niej nigdy na Cypr by nie trafił.

Cypr fot. travelerdeluxe
- Byłam w domu moich rodziców na Cyprze, na krótko przed Bożym Narodzeniem 1969 r., kiedy David zadzwonił z prośbą, abym została jego żoną. Właśnie otworzyłam od niego list z napisem: "To jest rok, w którym się pobierzemy" - opowiadała prasie. Pobrali się w 1970 roku. Tak zaczęła się miłość muzyka do Cypru.

Koronki Bowiego z Lefkary

Uznano ją za jedną z najpiękniejszych wiosek n świecie. Ukryta na południowo-wschodnim zboczu gór Troodos Lefkara wygląda jak pudełko ze słodkimi pralinami. Jest kameralna i pełna uroku. Wąskie uliczki, domy z kamienia, czerwone dachówki, które ostro odznaczają się na tle gór, setki kolorowych kwiatów i zapach rześkiego powietrza, który trudno opisać. Między nogami plączą się rude koty, które kocha cały Cypr. Stoicki spokój okraszony miejscowym winem potrafi czarować. Postanowiłam choć na chwilę zgubić się w uroczych zaułkach, by w spokoju poczuć prawdziwy urok tego bajkowego miejsca, w którym swoją letnią rezydencję miała ostatnia królowa cypryjska Katarzyna Cornario. Przejść się uliczkami, po których spacerował Leonardo da Vinci, a setki lat później David Bowie.

Czytaj też
Nie ma tu tłoku i gwaru, jakim żyje wybrzeże wyspy. Od czasu do czasu na dźwięk podjeżdżającego autokaru wieś nieco leniwie budzi się ze snu. Z maleńkich sklepów wychodzą starsze panie, uśmiechem zapraszając przybyłych do środka. Nie ma się co dziwić, miejscowi ciągną z turystyki zrozumiałe profity. Jak na wieś liczącą zaledwie tysiąc mieszkańców, widać jak na dłoni, że wiedzą, jak się robi świetny biznes.

Cypryjskie koty w Lefkarze fot. travelerdeluxe

Lefkara, królestwo koronek. Cypr fot. travelerdeluxe

Lefkara, królestwo koronek. Cypr fot. travelerdeluxe

Lefkara, królestwo koronek. Cypr fot. travelerdeluxe
Niemal każdy tutejszy zakątek pełen jest kontrastów i tajemnic. W sercu wsi uwagę zwraca jasna sylwetka miejscowego kościoła, zbudowanego najprawdopodobniej w XIV wieku. Kryje w sobie srebrny krzyż, który według starej legendy nosi kawałek z oryginalnego Świętego Krzyża. Jest też Muzeum Wyrobów Srebrnych i Koronek, także Muzeum Folkloru.
Znajdująca się w sercu wyspy wioska tonie w wyrobach ze srebra i koronkach, z których zresztą słynie na cały świat. Sztuka i tradycja koronkarstwa, znana po prostu jako "lefkaritika" pochodzi z czasów weneckich, czyli z około XIV wieku, kiedy Cypr był pod kontrolą Wenecjan.
Jakim uznaniem cieszą się te misterne dzieła? Leonardo da Vinci ofiarował katedrze w Mediolanie obrus liturgiczny z lefkaryjskich koronek. David Bowie kupione tu koronkowe obrusy na stół i toaletkę w sypialni sprezentował żonie - jak wspominała w swych pamiętnikach.

Cypr. Lefkara - dala od zgiełku

Lefkara, królestwo koronek. Cypr fot. travelerdeluxe
 
Lefkara, królestwo koronek. Cypr fot. travelerdeluxe

Tu nie można znaleźć się przypadkiem, po drodze. Do Lefkary trzeba po prostu chcieć przyjechać. Tak, jak to wielokrotnie robił Bowie. Pierwszy raz pojawił się tu w 1971 roku. Promienie majowego słońca leniwie rozchodziły się w lekkiej mgle unoszącej się nad górami. Ten widok w połączeniu z błogim spokojem przyniósł muzykowi prawdziwe ukojenie. Tu nie zwracał na siebie uwagi, choć nie ukrywał przed nikim swojej tożsamości. Jednak nie niepokojony przez nikogo, mógł być sobą. Jak sam podkreślał, wreszcie znalazł schronienie z dala od zgiełku branży muzycznej.
Na wakacje przyjechał z żoną. Zatrzymali się w domu jej rodziców. Pierwsza żona Davida Bowie, Angie Bowie (Mary Angela Barnett) urodziła się 25 września 1949 r. na Cyprze, w Ayios Dhometios na przedmieściach Nikozji. Jej ojciec, pułkownik George M. Barnett, weteran amerykańskie armii, był inżynierem górnictwa i pracował dla Cyprus Mines Corporation.
- Na targu można było kupić charakterystyczne wiklinowe kosze, wystarczająco mocne, aby pomieścić kilka kilogramów owoców cytrusowych. Dogodnie przypięte do boków osła, stawały się też sakwami na pomarańcze, cytryny i grejpfruty. Pamiętam aromat czosnku i cebuli oraz kolory buraków i ziemniaków wyrosłych z czerwonej ziemi. Były tanie plastikowe bibeloty, które wirowały i błyszczały - Angie z rozrzewnieniem wspomina czas spędzony na wyspie.
 
 
Zaułki Lefkary, królestwa koronek. Cypr fot. travelerdeluxe

Do Lefkary wrócili rok później w grudniu, tym razem w powiększonym składzie. Do pary dołączył ich syn Duncan Jones. W otoczeniu ośnieżonych gór, w uroczym otoczeniu, spędzili święta Bożego Narodzenia.
Zapewne gdzieś w jednej z kameralnych uliczek wciąż istnieje dom, w którym mieszkał muzyk. Trudno jednak go znaleźć. Odpowiedzi na pytanie o Bowiego nie znają nawet miejscowi, a informacją o jego wielkiej miłości do Lefkary często są mocno zadziwieni.

Ślad Afrodyty na Cyprze

Cypr,miejsce narodzin Afrodyty  fot. travelerdeluxe

 Nie tylko ukryta w sercu wyspy kameralna wioska urzekła Bowiego. Z Angie wielokrotnie zjechał cały Cypr, rozkoszując się urokiem jego zakamarków. Czasami zatrzymywali się w hotelach, bywało, że na dłużej wynajmowali od miejscowych dom gdzieś między starą winnicą a gajem pełnym oliwnych drzew. Muzyk w wyjątkowy sposób pielęgnował słabość do wyspy. W końcu nie bez powodu napisał w utworze "Move On":
 
"Cyprus is my island

When the going’s rough

I would love to find you

Somewhere in a place like that"
 
Były miasta i plaże, z tą najsłynniejszą na czele. Na swoim blogu Angie publikuje zdjęcie zrobione na wyspie. Fotka niestety jest jedną z niewielu, jakie udało się zachować. Po rozwodzie w 1980 roku muzyk zniszczył ich wszystkie wspólne pamiątki. Zwalniał każdego, kto wspomniał jej imię.
Szczupła blondynka w amarantowej, zwiewnej bluzce przypatruje się miejscu narodzin greckiej bogini piękna, miłości, kwiatów, pożądania i płodności. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością domyślać się można, że zdjęcie zrobił jej mąż. Razem przecież włóczyli się po wyspie, szukając pięknych i uskrzydlających miejsc. A skały Afrodyty w okolicy cypryjskiego Pafos są wyjątkowo inspirujące, szczególnie dla artysty. Jeśli wierzyć legendzie, właśnie tu bogini prześlizgnęła się przez wymiar czasu i pozwoliła się czcić.
- Pływaliśmy tam, gdzie Afrodyta wyszła z fal. Wyspa jest historyczną krainą czarów - wspominała Angie.
Bogini pozostawiła tu miłosny ślad i teraz, aby pomóc losowi i zagwarantować sobie odwzajemnioną miłość, trzeba wśród kamyków odnaleźć choć jednego otoczaka w kształcie serca. Jednak urodziła się tu nie tylko Afrodyta, ale też ojciec George'a Michaela, a sam muzyk w cypryjskiej miejscowości Peyia w okolicy Pafos spędzał sporo czasu. Podobno miał tu nawet swój letni dom. Cypr potrafi zaskakiwać na wiele sposobów.


Ślady w Nikozji

Cypr fot. travelerdeluxe

 - Jestem Cypryjką z usposobienia. Nie mam paszportu ani obywatelstwa cypryjskiego, ale moje serce jest na wskroś cypryjskie... Rozkoszuję się namiętnym romansem z moim miejscem urodzenia. Cypr jest w moim sercu. To był mój dom i wszystko czym jestem, zawdzięczam magicznemu ogrodowi, w którym mieszkałam jako dziecko - słowa Angie pełne są miłości do wyspy. Jednak, jak sama podkreślała, nie była na niej wiele lat. Na pytanie, czy wciąż istnieje dom, w którym dorastała, nikt nie potrafi jej odpowiedzieć.
 
Nikozja stolica Cypru Cypr fot. travelerdeluxe

 
Bowie poznał ten dom, w Nikozji bywał przecież wielokrotnie. Właśnie tam znajdowało się lotnisko, jego miejsce przylotów na wyspę i odlotów z niej. Poznał też miasto, które na początku lat 70. wyglądało zgoła inaczej niż obecnie, choć zabytki w mieście mającym ponad 2000 lat tradycji, pozostały do dziś. Od 1974 roku Nikozja jest podzielona na dwie części, podobnie jak dawniej Berlin (swoją drogą wiecie, co David Bowie robił w Berlinie?). To ostatnia stolica na świecie przedzielona murem.
Wiele osób uważa, że Nikozja jest miastem, które albo polubisz, albo będzie ci obojętne. Mimo wszystko wypada tu wpaść. W końcu to stolica. I jak to stolica, jest pełnym gwaru centrum finansowym i biznesowym, największym miastem Cypru. Czy Davida Bowie urzekł ten zgiełk? Tego już się nie dowiemy.

Marta