nawiedzone miejsca na śląsku,

Nawiedzone miejsca w Polsce

13.10.12 Anonimowy 0 Comments



Są niemal wszędzie. Opanowały stare zamczyska, ruiny, góry, a nawet całe miasta. Duchy i zjawy to ważna część historii wielu miejsc. Poznajmy najciekawsze z nich.


Alchemik z Nowego Sącza


Pośród wielu opowieści i legend o zjawach, duchach i wszelkich niezwykłościach, jakie usłyszeć można w mieście nad Dunajcem, jedną z najciekawszych jest chyba historia o Sędziwoju, przesławnym alchemiku, goszczonym na niejednym królewskim dworze. Michał Sędziwój (1566-1646), znany w całej siedemnastowiecznej Europie jako Sendivogius Polonus, lub też pod pięknie brzmiącym mianem "księcia alchemików", był postacią niezwykłą i godną pamięci.

Pochodził z okolic Nowego Sącza i w mieście tym pobierał ponoć pierwsze nauki, a odznaczał się tak niezwykłymi zdolnościami, że dzieckiem nieledwie wstąpił na uniwersytet krakowski. Nie nęciła go jednak ani kariera duchowna, ani sędziowska toga, ani nawet doktorski biret, choć początkowo zamierzał poświęcić się medycynie. Ambitny młodzieniec chciał zgłębić tajemnice natury - posiąść sekret kamienia filozoficznego, znaleźć sposób zamieniania metali nieszlachetnych w najczystsze, dukatowe złoto. Odziedziczywszy po ojcu znaczny majątek, wyruszył w podróż po Europie. Odwiedzał najznakomitszych ówczesnych alchemików, skupywał pożółkłe rękopisy, przeprowadzał coraz to nowe doświadczenia. W czasie tej podróży wydarzyła mu się przygoda, która wywarła wpływ na jego dalsze życie. Przejeżdżając przez Saksonię, uwolnił z więzienia włoskiego alchemika Sethona, wtrąconego tam za to, że chciwemu księciu Christianowi nie chciał zdradzić tajemnicy zamieniania ołowiu w złoto. Z wdzięczności Sethon obdarował polskiego alchemika uncją proszku, który jakoby miał zdolność przemieniania kilograma ołowiu w kilogram złota. Wkrótce Sethon - wyczerpany torturami, których nie szczędzili mu książęcy oprawcy - zmarł, pozostawiając Sędziwojowi w spadku wszystkie swe księgi, tygle i retorty, a przede wszystkim ów proszek oraz... swą młodą jeszcze żonę Weronikę.

Sędziwój szybko poślubił wdowę po sławnym alchemiku i wyjechał z nią do Czech, dokąd wezwał go cesarz Rudolf II, parający się alchemią, magią i astrologią. W jednej z sal zamku na Hradczanach, w obecności cesarza i jego dworu, Sendivogius wrzuciwszy do tygla kawałek ołowiu wsypał doń szczyptę proszku Sethona, zmieszał i - z roztopionego metalu wyciągnął sztabkę złota. Uszczęśliwiony cesarz kazał inskrypcję o tym wydarzeniu umieścić na sklepieniu, a Syt chwały i zaszczytów Sędziwój wyjechał do Wirtembergii. Ówczesny władca tego państwa, Fryderyk III, lubił otaczać się alchemikami, wierząc, że w ten sposób napełni swój pusty wiecznie skarbiec workami dukatów. Sędziwój z dużym powodzeniem demonstrował swe doświadczenia na książęcym dworze. Spotkała go tu jednak bardzo niemiła przygoda. Przebywający tam wówczas alchemik Mühlenfels, dotychczasowy faworyt władcy, zazdrosny o splendory spływające na Sendivogiusa, pojmał go razem ze swymi sługami, potłukł alchemiczne retorty, a co najgorsze - zabrał prawie wszystek cudowny proszek, dar Sethona. Na szczęście Sędziwój zdołał przy pomocy wiernego pomocnika Jana Badowskiego wydostać się z lochu, dokąd wtrącił go Mühlenfels. Sprawcę całego zajścia surowo ukarano, a Fryderyk III, chcąc złagodzić przykre wspomnienia Sendivogiusa z Wirtembergii, nadał mu tytuł barona Serübau i dobra Leiningen, które alchemik szybko zresztą sprzedał, by mieć pieniądze na dalsze podróże i doświadczenia. Znękany i przygnębiony wirtemberską przygodą Sędziwój przyjechał na pewien czas do Nowego Sącza - miasta swej młodości. Stamtąd udał się do Warszawy na dwór Zygmunta III Wazy, ale gdy alchemiczne próby nie dały upragnionego efektu (Sędziwojowi udało się zaledwie powlec kilka srebrnych monet cieniutką warstwą złota), starzejący się już książę alchemików kupił na Śląsku majątek zwany Krawarz i tam spędził ostatnie lata życia, pisząc dzieła naukowe, które nie zawierały co prawda formuły zamiany ołowiu w złoto ani uzyskania kamienia filozoficznego, lecz wiele cennych i do dziś uznawanych odkryć w dziedzinie chemii. Zmarł w roku 1646 i odtąd zaczęto spotykać go znów w Nowym Sączu - kroczył w uniwersyteckiej todze, z podniesioną głową, rynkiem rodzinnego miasta, rozrzucając wokół złote monety. Lśniące krążki bezdźwięcznie padały na ziemię, a sama postać alchemika - nawet w czasie pełni księżyca - nie rzucała cienia... O zjawie tej opowiedziała nam jedna z mieszkanek Nowego Sącza, dodając, że Sędziwój zwykł się najczęściej pojawiać w noc sylwestrową, kiedy do rana okna wielu domów jaśnieją światłem, a zewsząd dobiegają dźwięki tanecznej muzyki. Powiadają, że temu kto natknie się na ducha słynnego alchemika, towarzyszy przez cały rok szczęście i materialna pomyślność. Tak więc, jeśli ostatnią noc starego roku spędzać będziecie w Nowym Sączu, kiedy zegary wybiją północ i przebrzmią noworoczne toasty, obejdźcie dookoła sądecki rynek - może z podcieni którejś z kamieniczek wynurzy się postać "księcia alchemików" i sypnie wam pod nogi garścią widmowych dukatów - na szczęście w Nowym Roku. Duch Sędziwoja nie jest jedyną atrakcją Nowego Sącza. Urocze miasto z secesyjnymi kamienicami, z podwórkami o drewnianych galeryjkach i schodach, z pięknym rynkiem, na którym stare drzewa okalają secesyjny ratusz zbudowany u schyłku XIX wieku, z gotyckimi kościołami i zrekonstruowanymi fragmentami zamku, wysadzonego w powietrze w 1945 roku, z osiemnastowieczną synagogą - zasługuje na bliższe poznanie. W dzielnicy Falkowa znajduje się park etnograficzny - miejsce wydarzeń, o których mowa w opowieści Złowróżbne malowidła i nawiedzony dom.


Złowróżbne malowidła i nawiedzony dom


Nowy Sącz poszczycić się może posiadaniem jednego z najciekawszych parków etnograficznych w naszym kraju. Na przedmieściu miasta, na stokach porosłych lasem wzgórz, stanęła... autentyczna dziewiętnastowieczna wioska z białym dworkiem, kapliczką przydrożną, kuźnią i kilkudziesięcioma chatami. Z czterech regionów ziemi sądeckiej przeniesiono tu najstarsze i najbardziej charakterystyczne dla ludowej architektury z tamtych stron budowle. Wyposażono je w oryginalne sprzęty, w dawne narzędzia rolnicze i zapomniane już przedmioty gospodarstwa domowego, którymi posługiwały się prababki. Dbający o autentyzm etnografowie urządzili poszczególne zagrody w najrozmaitszy sposób: jest więc uboga chata komornika, jest dom wiejskiego szewca, pochylona chałupka babki-zielarki z ogródkiem, w którym rosną lecznicze rośliny; jest kuźnia, spichrze, są wreszcie zabudowania bogatych gospodarzy z jasnymi izbami, gdzie pękate pierzyny piętrzą się aż po belkowane stropy, rząd świętych obrazów podpiera powałę, a malowane skrzynie wypełniają wyprawne, ręcznie tkane ubiory i bele bielonego na słońcu lnianego płótna.

W każdej z chat przeniesionych do skansenu etnografowie starali się zebrać jak najwięcej wiadomości, przeprowadzając wywiady ze starymi mieszkańcami wsi, w których je zbudowano. W taki właśnie sposób dwie pracownice parku trafiły do Wierchomli Wielkiej koło Piwnicznej, skąd przeniesiono do Nowego Sącza bogatą łemkowską zagrodę, zbudowaną w połowie ubiegłego stulecia. Obejście to otaczała w okolicy ponura sława miejsca nawiedzonego. Podobno przed wieloma laty, być może jeszcze w ubiegłym wieku, któryś z właścicieli zginął tragicznie, czy popełnił samobójstwo. Odtąd w chacie słychać było dziwne stukoty i trzaski, czasem dźwięczały szyby, a sprzęty przesuwały się przez izby... Zagrodę rozebrano i przewieziono do Nowego Sącza. Na podstawie dokładnego wywiadu starano się odtworzyć jak najwierniej wyposażenie łemkowskiej zagrody. Kiedy w izbach stanęło już wszystko na swoim miejscu, chatę zamknięto na klucz. Gdy po kilku dniach pracownicy parku weszli do urządzonego z taką pieczołowitością wnętrza, zobaczyli, że większość mebli jest odsunięta od ścian, a niektóre drobne przedmioty leżą porozrzucane w nieładzie na podłodze. Czyżby wierchomlański duch przybył tu razem ze swoją chatą i "poprawiał" teraz etnografów? W jakiś czas potem stróż nocny parku, człowiek wcale nie skory do jakichkolwiek przywidzeń, obchodząc zabytkową wioskę zobaczył na kamiennych schodkach przed tą właśnie chatą skulony ciemny kształt, przypominający zgarbionego człowieka, siedzącego z twarzą ukrytą w dłoniach. Gdy podszedł bliżej usłyszał jakby stłumiony płacz. Zjawa nie odpowiedziała na jego pytania, tylko zniknęła... Z siedemnastowiecznym modrzewiowym dworkiem szlacheckim, przeniesionym do parku etnograficznego ze wsi Rdzawa koło Bochni, wiąże się również ciekawa i niesamowita opowieść. Dwór ten pierwotnie należał do dóbr klasztornych - dzierżyli go kanonicy regularni, a największa z komnat służyła im za domową kaplicę. Ściany jej pokrywały wówczas freski namalowane w stylu późnego baroku, a przedstawiające sceny z Nowego Testamentu i żywotów świętych. Kiedy za czasów cesarza Józefa II zakon rozwiązano i posiadłość przeszła w ręce świeckie, freski zniknęły pod warstwą tynku, a dawna kaplica stała się salonem. Po stu latach z górą, z początkiem naszego stulecia, w czasie remontu dworu zapomniane freski wyjrzały spod nawarstwień kolejnych przemalowań i zachwyciły ówczesną właścicielkę Rdzawy. Chcąc obejrzeć malowidła w całej okazałości kazała delikatnie zdjąć warstwę tynku. I wtedy właśnie w załomie muru znaleziono deszczułkę z wyblakłym napisem: Te malowidła przynoszą nieszczęście. Już po niedługim czasie posiadacze dworu skłonni byli uwierzyć, że napis mówił prawdę: dla szczęśliwej dotychczas rodziny nadszedł czas wielkich zmartwień. Być może właśnie dlatego, w kilka lat później freski znów zniknęły pod białą farbą. Zainteresowano się nimi dopiero w latach sześćdziesiątych, kiedy zaczęto restaurować zabytkowy dwór. Być może był to zbieg okoliczności, ale niedługo po przeprowadzeniu prac konserwatorskich w dawnej kaplicy kanoników, profesor czuwający nad renowacją zginął tragicznie. Czyżby fakt ten można było wiązać z ponownym odkryciem złowróżbnych malowideł na ścianach rdzawskiego dworu? Sądecki park etnograficzny z każdym rokiem stawać się będzie ciekawszy - niedawno do zabytkowej wioski przeniesiono stary kościółek, który dotychczas stał w Cerekwi koło Bochni i równie wiekową cerkiewkę z okolic Sącza. Warto więc odwiedzić Nowy Sącz, aby poznać dawne budownictwo drewniane z tych okolic, zanikające już zwyczaje regionalne związane z różnymi porami roku i wydarzeniami z życia wsi: poszczególne chaty w skansenie ustrojono tak, jak ongi przybierano je w dzień Wigilii, zapustnych zabaw, wesel, chrzcin, a nawet pogrzebu. Zwiedzając park zwróćcie uwagę na złowróżbne freski w salonie dworku i nawiedzaną łemkowską chatę.

Zjawy z Wiśnicza


Tonące w zieleni ogrodów i sadów miasteczko Nowy Wiśnicz otaczają wyniosłe wzgórza. Na jednym z nich Kmitowie, ród który za czasów Jagiellonów doszedł do wielkiego znaczenia, wznieśli drewniany gródek a w XIV wieku przebudowali go na gotycki zamek, który rychło przekształcił się we wspaniałą rezydencję magnacką, w której często gościł nawet król z rodziną i całym dworem. Ostatni z rodu - Piotr Kmita III, najpotężniejszy magnat polskiego renesansu, wojewoda krakowski, marszałek wielki koronny, był ulubieńcem Zygmunta Starego i Bony, która chętnie odwiedzała gościnnego pana na Wiśniczu, a nawet - jak chce tradycja - miała na górnej galeryjce zamkowej wieży zażywać przejażdżki na osiołku (baszta ta nosi do dziś nazwę królowej Bony). W owych czasach na zamku odbywały się wspaniałe turnieje i uczty, po których hojny gospodarz obdarowywał gości wielce cenną zastawą stołową, roboty włoskich złotników. Kiedy wojewoda zmarł bezpotomnie, a zwłoki jego spoczęły w wawelskiej katedrze, całą ogromną fortunę odziedziczyła siostra Piotra Kmity - Anna, żona przedstawiciela magnackiego rodu Barzów herbu Korczak.


Ród ten władał wiśnickim zamkiem przez lat bez mała trzydzieści, rzadko jednak ktoś z właścicieli pojawiał się tutaj, woleli rodzinną siedzibę w Książu Wielkim. W roku 1593 Stanisław Barzy sprzedał wiśnickie dobra Sebastianowi Lubomirskiemu za 85 tysięcy złotych polskich. Lubomirscy, wzbogaceni na dzierżawach żup solnych, wkrótce stali się potężną familią, a wiśnicki zamek świadczyć miał o ich bogactwie i potędze. Nie wystarczała im już nieco podupadła budowla z czasów Kmitów. Syn Sebastiana Lubomirskiego, Stanisław, rozpoczął rządy w Wiśniczu od gruntownego przebudowania zamku w stylu barokowym, według projektu włoskiego architekta Macieja Trapoli. Było to w latach 1615-1621. korpus podniesiono o jedno piętro, a do czterech baszt dodano piątą - przy ścianie północnej. Zamek otoczył taras znacznie wyższy od poziomu dziedzińca, ozdobiony fontanną. Wewnętrzny zamkowy dziedziniec okalały renesansowe galerie. Głównym projektantem zamkowych wnętrz był Włoch Giovanni Battista Falconi. Jak chce tradycja, siedziba Lubomirskich miała przeszło sto sal, a we wszystkich - framugi drzwi, obramienia okien i kominków rzeźbione były z marmuru, drzwi - z drogocennych gatunków drewna. Stanisław Lubomirski nie szczędził dukatów: większość sal miała w oknach barwne witraże, posadzki ułożono z różnobarwnego drewna, meble wykonali rzemieślnicy-artyści. Pałacowa galeria obrazów, w której wisiały dzieła Rafaela, Tycjana, Veronese'a i Dürera, była ponoć wspanialsza od królewskiej. Urządzając swe rodowe gniazdo, Lubomirski myślał nie tylko o tym, aby wiśnicki zamek uczynić reprezentacyjną rezydencją, ale również potężną twierdzą. Ufortyfikował więc budowlę, stosując siedemnastowieczny bastionowy system obwarowań. Wyniosłe zamkowe mury widziały triumfalny powrót zwycięzcy spod Chocimia - Stanisława Lubomirskiego, kiedy to za rycerskim hufcem szły zastępy jeńców tureckich, i - klęskę Wiśnicza, oddanego wrogom w czasie wojen szwedzkich bez jednego wystrzału. Szwedzi splądrowali bogaty gmach, wywożąc z Wiśnicza setkami ładownych wozów nie tylko obrazy z galerii Lubomirskich, meble i szkatuły z klejnotami, lecz nawet... wyrwane z okien witraże i rzeźbione odrzwia. Zamek nigdy nie powrócił do dawnej świetności, choć kolejni właściciele przebudowywali go wielokrotnie. W 1831 roku pożar, który pochłonął drewniane miasteczko, nie oszczędził też zamku. O niegdysiejszej potędze i bogactwie przypominają tylko potężne wieże, dziedziniec z arkadową galerią, resztki zachowanych sztukaterii i malowideł ściennych, piękna brama wjazdowa, a także legendy. A z wiśnickim zamkiem wiąże się ich niemało. Mówią one o skarbach ukrytych przez Lubomirskich w zamkowych podziemiach, o białym koniu, który co noc wybiega z podziemnych stajen, okrąża dwukrotnie zamek i zapada znów w ciemną czeluść podziemi, o Białej Damie, która niekiedy w burzliwe noce przechadza się po wałach dawnej twierdzy Lubomirskich, o trzech jeńcach tureckich z XVII wieku, którzy tęskniąc za daleką ojczyzną postanowili uciec z Wiśnicza na sklejonych własnoręcznie skrzydłach; lot ich podobnie jak lot mitycznego Ikara, zakończył się tragicznie: przelecieli zaledwie kilka kilometrów, a w miejscach gdzie zginęli spadłszy na ziemię - we wsi Kopaliny i w Bochni - postawiono istniejące do dziś kolumny z piaskowca. Od roku 1975 Ministerstwo Przemysłu Chemicznego przeprowadza remont i odbudowę zespołu zamkowego, który pełnić będzie funkcje reprezentacyjne i rekreacyjne. Wiśnicki zamek co roku odwiedza wielu turystów. Latem harcerze z Liceum Plastycznego prowadzą tu punkt informacji turystycznej. Prócz zamku zwiedzić warto miasteczko; przy rynku stoi barokowy ratusz z 1620 roku i zbudowany przez Macieja Trapolę kościół o pięknym, barokowym wyposażeniu. Na wzgórzu wznoszą się zabudowania poklasztorne dawnego klasztoru Karmelitów z XVII wieku, zmienionego w 1780 roku na ciężkie więzienie.


Babia Góra


Babia Góra (najwyższe pasmo w Beskidach - 1725 m.n.p.m.) ze swym szczytem o zdumiewającej nazwie Diablak prawie zawsze ukrytym we mgle, była świadkiem wielu zdarzeń, od których ciarki przechodzą po plecach.






Może dlatego, ze wg legendy była Babia Góra miejscem sabatów czarownic ("bab"). Na Diablaku zaś stal czarci zamek, z którego dziś pozostało jedynie ogromne rumowisko kamieni. W okolicy Babiej, miejsca rozstajne zwyczajowo nazywane są Widłami.


Błazen z Bolkowa


Nad malowniczym śląskim miasteczkiem Bolków, na urwistym wzgórzu, u którego podnóża toczy swe wartkie wody Nysa Szalona, wznosi się jeden z piękniej położonych zamków polskich. Zbudował go w XIII wieku Bolko I, książę świdnicko-jaworski, dobry gospodarz i przewidujący strateg, dbały o ufortyfikowanie swej ziemi pasem obronnych warowni. Odtąd – dopóki śląską ziemią władali Piastowie – w Bolkowie utrzymywano zbrojną załogę. W tej właśnie twierdzy, około połowy XIV wieku, wydarzyć się miał dramat, opisywany przez wielu kronikarzy zajmujących się dziejami Śląska. Kilkuletni syn i następca ówczesnego władcy księstwa - Bolesława II zwanego Małym - zginąć miał tragicznie, uderzony przypadkowo kamieniem przez nadwornego błazna. Sprawcę śmierci następcy książęcego tronu ścięto obok miejskiej bramy, a w miejscu, w którym nieszczęsny błazen położył głowę pod katowski topór, postawiono kamienny krzyż. Tragicznie zmarły książę był jedynym dzieckiem Bolesława Małego i jego żony Agnieszki Austriackiej, toteż gdy Bolko II w lipcu 1368 roku zakończył życie, spory szmat śląskich ziem piastowskich przeszedł, na mocy wcześniejszego układu, pod berło czeskich Luksemburgów.

Oni to właśnie w roku 1540 kazali przebudować starą twierdzę według reguł renesansowej sztuki fortyfikacyjnej, a pracami budowlanymi kierował nie byle kto, bo sam sławny architekt Jakub Parr. W czasie wojny trzydziestoletniej zamek oblegali i zdobyli Szwedzi. Od roku 1703 aż do kasaty zakonu w 1810 roku, zamek należał do cystersów, później przeszedł na własność państwa. Mury piastowskiej twierdzy dziś jeszcze zdumiewają swym ogromem. W odremontowanym skrzydle zamku mieści się Oddział Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Podobno późnym wieczorem, gdy księżyc wypłynie na niebo, a sowy gnieżdżące się w basztach i strzelnicach zaczną pohukiwać, wzdłuż zamkowych murów przesuwa się bezszelestnie cień w rogatym, błazeńskim kołpaku. To - jak głosi legenda - duch błazna wraca na miejsce swej zbrodni. Przed dziesięcioma laty pewien mieszkaniec Szczecina odbywał praktykę studencką w Świdnicy. Pewnego dnia po południu wybrał się do Bolkowa. Miasteczko i zamek urzekły go do tego stopnia, że postanowił tu przenocować i dopiero rankiem powrócić do Świdnicy. Po pięknym dniu nadeszła ciepła, księżycowa noc. Spacerował czas jakiś uliczkami miasteczka, a potem postanowił wspiąć się na zamkową górę, by wąską ścieżką wzdłuż murów obejść warownię dokoła. W świetle księżyca widok rozpościerający się z zamkowej góry był niezwykły i urzekająco piękny. Stał więc chwilę patrząc, a potem zaczął iść w stronę zamkowego dziedzińca. Nagle wydało mu się, że chmura przesłoniła tarczę księżyca, podniósł więc głowę: niebo było jasne i pogodne, ale tu w dole zaczęło się jakby ściemniać. Zdawało się, że od zamkowej baszty oderwał się jakiś cień i przesuwa się wzdłuż murów. Jego kontur, podobny do mężczyzny w rogatej czapce, ostro odcinał się od oświetlonego księżycem dziedzińca. Cień rósł, czyniąc wrażenie, że przesłania jasno świecący księżyc. Student obserwował to zjawisko raczej z zaciekawieniem niż strachem, kładąc je na karb optycznego złudzenia, a nie działania sił nadprzyrodzonych. Zerwał się wiatr, drobne kamyki posypały się z zamkowych murów, jeden z nich uderzył go boleśnie w ramię, wtedy dopiero ogarnął go jakiś dziwny niepokój. Szybko wyszedł z zamku i nie oglądając się za siebie zbiegł z zamkowej góry.

Więzień olsztyńskiego zamku


Choć stolica Warmii i Mazur także posiada potężny zamek, ten Olsztyn leży w województwie śląskim, w odległości dwunastu zaledwie kilometrów od Częstochowy. Niegdyś było to wcale spore miasto, dziś jest siedzibą Urzędu Gminy. Położony w ubogiej, piaszczystej okolicy, szczyci się częstochowski Olsztyn ruinami jednego z najpotężniejszych zamków na szlaku Orlich Gniazd – warowni wzniesionych przez Kazimierza Wielkiego, mających ubezpieczać od zachodu, od granicy ze Śląskiem, odbudowane przez jego ojca państwo. Wzniesiony w pierwszej połowie XIV wieku, rozbudowywany przez dwa następne stulecia, był Olsztyn jedną z większych twierdz królewskich. O budowie olsztyńskiego zamku wspominają Janko z Czarnkowa i Jan Długosz, a miejscowa legenda głosi, że kamień na jego mury znosili okoliczni mieszkańcy z odległości siedmiu mil, czyli czterdziestu dziewięciu kilometrów.

Nazwa Olsztyn, jak utrzymują językoznawcy, to spolszczony niemiecki Holstein - czyli wydrążony kamień. W rzeczy samej, tak wielkiej liczby grot i jaskiń jak w okolicy Olsztyna nie spotyka się w Polsce nigdzie poza Ojcowem. Liczne podania mówią o ukrytych w nich skarbach. Dziś olsztyński zamek leży w ruinie, a jedyną w miarę dobrze zachowaną jego częścią jest potężna wieża, służąca oblężonym za ostatnie refugium. Oblegany był Olsztyn nierzadko. Siła odbierać go musiał w roku 1396 Władysław Jagiełło z rąk Władysława Opolczyka, który otrzymał go jako lenno z rąk Ludwika Węgierskiego. W piętnastym wieku Olsztyn często bronił się przed najazdami książąt śląskich. Rozbudowany znacznie i umocniony w połowie wieku XVI, w kilkadziesiąt lat później, w roku 1587, wsławił się obroną przed ciągnącymi na Kraków wojskami Maksymiliana Habsburga, pragnącego po śmierci Stefana Batorego zdobyć polską koronę. Starostą olsztyńskim był w owym czasie niejaki Kacper Karliński, szlachcic rodu niewysokiego, ale dzielności wielkiej. Podanie głosi, iż miał on siedmiu synów. Sześciu utracił w trakcie licznych wojen prowadzonych przez Batorego, jedynym spadkobiercą został ostatni, najmłodszy. I tego do właśnie chłopca, nadzieję rodu, ujęli podstępem Austriacy. Pewni swego wysłali na zamek posłów: - Oddaj nam zamek - zaproponowali staroście - a my oddamy ci syna. Starosta odprawił jednak posłów z niczym. Wówczas nastąpił szturm. Przystępując pod mury, nieśli przed sobą atakujący maleńkie, związane dziecko. Zawahali się puszkarze, wybiegła na mury zrozpaczona matka. Kacper Karliński wyrwał przerażonemu żołnierzowi lont z ręki i sam odpalił działo... Ostatni potomek Karlińskich zginął, Austriakom nie udało się jednak zdobyć zamku. Plan zdobycia dla Habsburgów polskiej korony upadł. Dziś główna ulica w miasteczku nosi imię Kacpra Karlińskiego, a starzy mieszkańcy Olsztyna godzinami snuć potrafią opowieści o dzielnym staroście. Ale opowiadają też o wypadkach znacznie, znacznie dawniejszych, za których przyczyną mało kto odważy się dziś wybrać nocą na zamkowe wzgórze. Gdy bowiem zmierzch zapadnie, z owej dobrze zachowanej wieży usłyszeć ponoć można jęki, szczęk łańcuchów, głośne zawodzenia. Przed laty widywano na koronie zamkowych murów, znacznie wówczas lepiej niż dzisiaj zachowanych, postać barczystego mężczyzny. Wspominają o owym widmie stare kroniki, wspomina dziewiętnastowieczny znawca tajemnic polskich zamków Adam Amilkar Kosiński. By dojść do źródeł owych opowieści cofnąć się trzeba o lat sześćset z górą, dosamych początków istnienia olsztyńskiej warowni. Był rok 1333. Na tronie krakowskim po śmierci ojca zasiadł młody król Kazimierz. Jeszcze nie było wiadomo, iż będzie to ostatni Piast na polskim tronie, ani że późniejsi historycy nadadzą mu zaszczytne miano Wielkiego. Na razie młody władca borykał się z tysięcznymi trudnościami. Od północy ziemiom polskim groził będący właśnie u szczytu potęgi zakon krzyżacki. Umacniający się na zachodzie Luksemburgowie nie wyrzekli się pretensji do polskiej korony. Co gorsza, w niedawno zjednoczonym państwie nie wszystkim odpowiadała silna władza królewska. Burzyły się zwłaszcza stare, potężne rody Wielkopolski. Szczególnie kuł w oczy wielkopolskich wielmożów nowy, przez króla ustanowiony urząd starosty. Dawni, dożywotni urzędnicy - wojewodowie i kasztelanowie - utracili rzeczywistą władzę. Nic więc dziwnego, że na czele opozycji stanął wojewoda poznański Maćko Borkowic herbu Napiwowie. Hardy pan, najstarszy syn wojewody Przybysława, który wiernie stał przy Kazimierzowym ojcu - Łokietku, nie chciał królowi wywdzięczyć się za doznane łaski. Zapomniał, iż za zasługi ojca w 1338 roku otrzymał od króla miasto Koźmin wraz z 15 wsiami, że posiada wyjątkowy przywilej pozwalający mu, jako wojewodzie poznańskiemu, udzielić azylu każdemu ściganemu przez królewskie przestępcy.Król politykował. Usunął dotychczasowego starostę i Maćkowi właśnie powierzył ten urząd. Nie na wiele się to jednak zdało. Wielkopolscy panowie otwarcie spiskować poczęli z wrogą Polsce marchią brandenburską. Król wkroczył zdecydowanie. Generalnym starostom wielkopolskim, o rozległych kompetencjach, został homo novus, Ślązak, Wierzbięta z Paniewic. Tego panom wielkopolskim było za wiele. 4 sierpnia 1352 roku odbył się zjazd 66 przedstawicieli możnych rodów, którzy postanowili zawiązać konfederację, formalnie - przeciw nowemu staroście, faktycznie przeciw królowi. Do konfederacji przystąpiły rody Awdańców, Wesenborków, Grzymalitów, Nałęczów. Na czele zbuntowanych stanął Maćko Borkowic. Przy królu opowiedzieli się Niesobowie i Doliwowie. Po pewnym czasie król przeciągnął na swoją stronę potężnych Pałuków i Zarębów. Wojna domowa wisiała w powietrzu. Gdy Maćko Borkowic, Sędziwój z Czarnkowa i niejaki Skóra z Gaju Awdaniec zamordowali przywódcę zwolenników królewskich, kasztelana gnieźnieńskiego, Beniamina z Urazowa z rodu Zarębów, król nie mógł dłużej zwlekać. Tym bardziej, że zbuntowani weszli w otwarte porozumienie z Brandenburczykami. Sędziwój na czele wojsk grafa de Wedel, próbował odbić nadany przez króla Pałukom Czarnków. Wówczas wierne królowi wojska wkroczyły do Wielkopolski. Konfederacja została rozbita. Skazany na banicję Maćko uszedł na Śląsk. Upiekło się Sędziwojowi, który pozbawiony został jedynie kasztelanii nakielskiej. Król nie był bynajmniej srogi w stosunkach do pokonanych. Starostą mianował Wielkopolanina Przecława z Gułtowych; także i Maćko liczyć mógł na królewską łaskę. W Rzeczy samej powrócił on z wygnania i 16 lutego 1358 roku złożył w Sieradzu przysięgę na wierność królowi. Dawne jego przewiny poszły w niepamięć, odzyskał swój urząd. Okazało się jednak, że nie wróci one ze Śląska by wiernie służyć swemu panu. Wkrótce po powrocie usiłował od nowa zmontować swe rozbite stronnictwo. Tym razem król był nieubłagany. Ujęty Maćko za złamane przysięgi i zdradę stanu skazany został na śmierć głodową. 9 lutego 1360 roku zamknęła się nad nim klapa lochu w olsztyńskim zamku. Podanie głosi, że przez czterdzieści dni z wieży zamkowej dochodziły jęki i złorzeczenia dumnego magnata, który nie mógł zrozumieć dalekosiężnych celów Kazimierzowskiej polityki. I jego to właśnie postać - jak twierdzą - ukazuje się w zimowe noce na murach zrujnowanego zamczyska.


Biała Dama z Gołubia


Od stuleci zamek w Gołubiu ma swojego ducha. jest to zjawa ludziom życzliwa. Na krużgankach i murach pojawia się bowiem Anna Wazówna w białej szacie i książęcym diademie na głowie, doglądając nocami swego starostwa. Za życia spędziła w Golubiu wiele lat. Zamek podarowany Annie przez jej brata, króla Polski Zygmunta III Wazę, z krzyżackiej warowni został przebudowany na wspaniałą renesansową rezydencję.







Anna szybko uczyniła golubski zamek miejscem spotkań ludzi uczonych. Założyła w zamku bibliotekę i ogród botaniczny (to tu podobno po raz pierwszy na naszych ziemiach wyhodowano tytoń), a także aptekę, w której sama warzyła ziołowe odwary i ucierała maści. Dla swych poddanych Anna była dobrą i łaskawą panią, fundowała nawet stypendia dla zdolnych chłopców. Po jej śmierci w 1625 roku zamek podupadł, a poźniej, podczas szwedzkiego potopu, podzielił los wielu polskich kaszteli. Biała Dama z Golubia jest jedynym widmem, które materializuje się raz do roku w obecności licznie zaproszonych gości. Kiedy w Golubiu odbywa się słynny bal kostiumowy, a dzieje się to co rok w ostatnią sobotę karnawału, o północy w drzwiach ukrytych w murze staje Biała Dama i spełnia puchar wina wręczany jej przez aktualnego gospodarza zamku.


Biała Dama z Kórnika


W dawnym Pałacu Działyńskich w Kórniku w pobliżu Poznania pojawia się nocami widmo dawnej pani tego zamku Teofili Z Działdyńskich Szołdrskiej Potulickiej. Jak wyglądała za życia przypomina portret francuskiego malarza Antoniego Pesne, przedstawiający młodą jeszcze kobietę w białej peruce i takiejż krynolinie pochylającą się w dworskim ukłonie. Nocą tuż przed dwunastą, dama na portrecie ożywa, wychodzi z ram i aż do świtu przechadza się po salach i parku. W rodzinnej tradycji Działdyńskich zachowało się wiele opowieści o pani Teofili, która była daleką prababką tej rodziny. Żyła w wieku osiemnastym. Była podobno niezwykle jak na owe czasy wykształcona, całymi kuframi sprowadzała księgi z Paryża, miała nawet pracownię, gdzie wykonywała doświadczenia chemiczne.





Przeżyła dwóch mężów, z którymi nie była chyba zbyt szczęśliwa. Zdaje się, że pani Teofila, jak wielu arystokratów w owym okresie nie była zbyt pobożna, zaniedbywała praktyki religijne i wiodła spory z miejscowym proboszczem. W obrębie jej dóbr znajdowały się ruiny dawnego myśliwskiego zameczku rodu Górków, którzy niegdyś władali tymi ziemiami. Podobno w piwnicach budowli ukryli oni skarby, powierzając nad nimi pieczę złym mocom. Moc ich mogła być tylko wtedy pokonana, jeśli na miejsce to uda się ksiądz z procesją. musi jednak uważać, aby nie zapomnieć niczego z przepisanych obrzędów, a próbować może tylko trzy razy. Podobno za czasów pani Teofili trzykrotnie wybierał się bniński proboszcz, aby uwolnić skarby od niesamowitych strażników, ale za każdym razem coś przeoczył. Pani Teofila śmiała się z niego i kazała rozebrać ruiny a cegły użyć na budulec. Skarbów nie znaleziono.

Iwona

Wpis pochodzi z bloga amazing-travel.blog.onet.pl























0 komentarze: