Apartamentowiec,

Przemek Tarnacki: Życie pod żaglami

6.7.16 mm 0 Comments

Przemek Tarnacki, jeden z najlepszych żeglarzy świata, mistrz Polski w match racingu, odkrywa uroki życia w Warszawie  



M.M.: Coraz częściej można Cię spotkać w Warszawie. Co przyciąga znanego żeglarza do stolicy, w której nie ma przecież morza?
P.T.: Bardzo lubię zarówno odludzia, jak i duże skupiska miejskie, skoncentrowane na życiu biznesowym i towarzyskim. Do Warszawy przyjechałem kilka lat temu i zacząłem ją odkrywać od Pragi, przez kilka lat mieszkając na prawym brzegu Wisły. Teraz zakochałem się w okolicach Placu Grzybowskiego. Szczególnie lubię uliczki wokół budynku Cosmopolitan, w którym zdecydowałem się zamieszkać. On świetnie wkomponował się w to nowoczesne miasto, które wystrzeliło w górę. Robi się coraz bardziej światowo, kosmopolitycznie.

M.M.: Nie nudzi Ci się w Warszawie – z pasją żeglowania?
P.T.: Nie nudzę się, bo zamieszkałem w miejscu o którym marzyłem. W samym centrum, z niebywałymi widokami na morze zieleni po horyzont, roztaczającymi się z moich okien. Żeglarstwo to wymagający sport, trzeba być do niego przygotowanym nie tylko mentalnie, ale też fizycznie. Muszę więc dbać o kondycję, trenuję pięć razy w tygodniu w dobrze wyposażonej siłowni, co uważam za ogromny atut tego miejsca. A wokół Plac Grzybowski, przy którym skupiło się wiele kawiarni i dobrych restauracji. Sam budynek Cosmopolitan urzekł mnie od razu. Lubię konstrukcje minimalistyczne, w których dominują: szkło, różne stopy stali i kamień. Minimalizm i funkcjonalność – to były moje priorytety, które znalazłem przy ul. Twardej 4. Apartamentowiec w którym mieszkam, kojarzy mi się z najlepszym regatowym jachtem.

M.M.: Jaki styl życia wiedziesz w stolicy?
P.T.: W Warszawie żyję szybko. To dla mnie czas między regatami, wypełniony treningami i spotkaniami biznesowymi. Na 17. piętrze Cosmopolitana założyłem Yachting Loung – specjalne miejsce, w którym mogę prezentować klientom pływające jednostki i rozmawiać o ich marzeniach. Chcę krzewić ideę jachtingu, bo to wspaniały sposób spędzania wolnego czasu i świetny patent na życie.

M.M.: Czy nie marzy Ci się żeglowanie po Wiśle?
P.T.: Oczywiście! Wziąłem nawet udział w ruchu aktywizacji Wisły. W 2015 roku pomiędzy wrześniowymi regatami w St. Tropez i we Włoszech miałem wolny weekend i pożeglowałem w wyścigu pomiędzy dwoma jachtami na Wiśle. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Uważam, że Warszawa powinna się odwrócić do swojej rzeki, bo warunki do uprawiania sportów są tu fantastyczne. Tym bardziej, że tradycje regat wzdłuż Wisły są w żeglarskim świecie wciąż żywe. Tygodniowe regaty na trasie Warszawa-Gdańsk! Mam nadzieję, że to się odrodzi.

M.M.: Kiedy zacząłeś żeglować?
P.T.: Późno, jak na karierę sportową, bo miałem już 9 lat. Dzieciństwo spędziłem na Seszelach, gdzie mój ojciec pracował na placówce. Na koralowych wyspach Praslin i La Digue, zamieszkałych przez kilkaset osób – spędziłem najpiękniejszy okres mojego dzieciństwa. Pamiętam pierwszy dzień w szkole, która mieściła się na plaży, pod palmą. Poszedłem do niej na bosaka.

M.M.: To marzenie każdego dziecka.

P.T.: Szczególnie w tamtych trudnych czasach, w połowie lat 80. To była ogromna różnica w stosunku do tego, co się wtedy w Polsce działo.

M.M.: Pamiętasz swój pierwszy dzień na jachcie?
P.T.: To był rok 1987, właśnie wróciliśmy z Seszeli. Tata zabrał mnie do Jacht Klubu Stal Gdynia, w którym sam się wychował i którego barwy reprezentował w pierwszych w historii regatach wokółziemskich Whitbread Round the World Race 1973 (dziś Volvo Ocean Race). Pamiętam, że wrzucił mnie na małego “Optymista”, takiego samego, na jakiego ja wrzuciłem mojego syna Stanisława cztery lata temu po raz pierwszy. Wracając do pierwszego dnia pod żaglami, byłem pod ogromnym wrażeniem, że łódka reaguje na moje polecenia, przyspiesza, zwalnia. Z powodu tych emocji nie mogłem wieczorem zasnąć. To był ważny dzień w moim życiu. Bardzo to przeżywałem.

M.M.: Wychowywałeś się w rodzinie z tradycjami żeglarskimi, bo nie tylko Twój tata, ale również bracia są żeglarzami.
P.T.: To prawda, żeglarskie tradycje są w naszej rodzinie dziedziczne. Ojciec – tak jak ja – jest konstruktorem i projektantem jachtów, żeglarzem sportowym od lat 60. Teraz zajmuje się kapitanowaniem dużych żaglowców. Dwaj moi młodsi bracia mają tytuły mistrzów świata i Polski. Tylko mama nie żeglowała, ale za to bardzo o nas dbała. Prała nasze sztormiaki, woziła na treningi, kibicowała i przeżywała razem z nami nasze porażki i sukcesy. Zawsze na zakończenie regat przyjeżdżała z kwiatami.

M.M.: Jakie cechy charakteru wyrabia żeglarstwo?
P.T.: Na pewno uczy pokory, kiedy jesteś na wodzie sam ze sobą i próbujesz okiełznać żywioł. Uczy, że morza czy oceanu opanować nie można, trzeba się do niego dostosować i mądrze skorzystać z tego co nam daje. Kolejna cecha to zaradność, samowystarczalność. Już jako kilkulatek sam pakowałem na przyczepę “Optymista”. Trzeba było pamiętać o linach, bloczkach, żaglach – być przygotowanym i skupionym. Ważna jest również zdrowa rywalizacja sportowa, która uczy zachowań fair play na całe życie. Mam tu na myśli hołd dla przeciwnika.

M.M.: Nie było łatwo, bo musiałeś się zmierzyć z rodzinną konkurencją. To z jednej strony motywuje, ale z drugiej – trzeba się wybić, przebić spośród braci i legendy ojca. Mam rację?

P.T.: Oczywiście, nasze życie zawodnicze, jako rodziny przesiąkniętej sportem, regatami, zgrupowaniami, medalami – nie było usłane różami. Były pomiędzy nami napięcia. Ale to wszystko czegoś nas nauczyło. Mogę powiedzieć, że rywalizacja nas ukształtowała, dzięki niej znamy swoje ograniczenia i mocne strony. To jest na pewno ciekawy temat.

M.M.: Kiedy zacząłeś startować w zawodach żeglarskich?
P.T.: Po raz pierwszy wystartowałem – oczywiście jak wszyscy na “Optymiście” – kiedy miałem 9 lat. To był pierwszy krok. Kończyła się komuna, zaczynał kapitalizm i już się pojawiały w Polsce jachty z prawdziwego zdarzenia. Po kilku latach zmian ustrojowych wszyscy zaczęliśmy pływać na dobrym zachodnim sprzęcie. Żeglarstwo dlatego jest tak atrakcyjne, ponieważ ma wiele twarzy. Daje różne możliwości, już choćby wynikające z faktu, że możesz sobie wybrać ulubiony akwen – jezioro, morze czy ocean – tak bardzo różniące się od siebie. Różne są też sposoby żeglowania i różne jachty. Ja mam to szczęście, że pamiętam jeszcze stare niezawodne łodzie z drewnianymi masztami, choć dziś pływa się także na jachtach wykonanych z carbonu czy innych materiałów używanych w przemyśle kosmicznym.

M.M.: Pamiętasz jacht z filmu "Nóż w wodzie" Romana Polańskiego?
P.T.: Oczywiście! Muszę przyznać, że kocham wszystkie oblicza żeglarstwa. Zarówno najszybsze, nowoczesne jednostki regatowe, jak i starą “Jolkę”, która cumuje w Sopocie i ma 45 lat. To bardzo pobudza moją wyobraźnię. Swoją drogą, uwielbiam muzykę Krzysztofa Komedy z tego filmu, a jazz to mój ulubiony kierunek.

M.M.: Jesteś współtwórcą idei sprowadzenia do Sopotu regat match racingowych – Energa Sopot Match Race. Jak Ci się to udało?
P.T.: To była długa i kręta droga. Zamarzyło mi się to dokładnie 14 lat temu w Nowym Jorku, kiedy zobaczyłem doskonale przygotowane regaty. Wtedy pomyślałem, żeby zorganizować podobną imprezę w Polsce. A jeśli Polska, to od razu przyszedł mi na myśl Sopot, a konkretnie sopockie molo. Dziś rozgrywamy te regaty na oczach tysięcy ludzi, zaledwie 100 metrów od molo. Od początku chciałem, żeby w Sopot Match Race brały udział duże poważne jachty, które by też stanowiły o randze tej imprezy. I tak się stało. Regaty w Sopocie rozwijają się, razem z Arturem Manistą i Maciejem Siejewiczem pozyskujemy sponsorów tej imprezy z całego świata. Mamy dziesiątki pomysłów i wierzę, że polskie żeglarstwo ma przed sobą przyszłość.

M.M.: Na czym polega match race?
P.T.: To uwielbiana zarówno przez kibiców, jak i media dyscyplina żeglarska. Ponieważ ścigają się ze sobą tylko dwa jachty, obowiązuje zupełnie inna taktyka. Mamy konkretnego jednego przeciwnika i możliwe są różne spektakularne triki. Bardzo mentalnie wymagająca formuła, a jednocześnie niezwykle widowiskowa. Takie szachy na wodzie, ale rozgrywane na szachownicy, która wciąż się zmienia, faluje. Szczególnie u nas, w Sopocie, przy zmiennym wietrze, kiedy trzeba podejmować szybkie taktyczne decyzje. Wyścigi match race mają również tę zaletę, że są krótkie, pojedynki trwają zaledwie 10-12 minut, więc można ich rozegrać około czterdziestu każdego dnia. Ludzie przychodzą o 9.00 rano z leżakiem na molo, piją dobrą kawę, albo po południu, żeby z kieliszkiem szampana kibicować do godziny 18.00. Każdy, niezależnie od tego czy zna się na żeglarstwie czy nie, będzie wiedział o co w tych zawodach chodzi.




M.M.: Żeglarstwo przeżywa w ostatnich latach swój renesans – zarówno w Polsce, jak i na świecie. To piękny, widowiskowy sport. Jakie cechy trzeba mieć, żeby zostać żeglarzem?

P.T.: Przede wszystkim trzeba mieć respekt do natury, bo na wodzie, nawet najbardziej misternie opracowany plan, może się załamać razem z warunkami pogodowymi. Ważne są też zdolności techniczne, bo na pokładzie nowoczesnych jachtów jest wiele urządzeń łączących hydro i areodynamikę, które umilają nam życie pod warunkiem, że wiemy, w jaki sposób działają.

M.M.: Czy masz swojego zawodowego i życiowego mistrza?
P.T.: Moimi mentorami są Stanisław Sawka i Karol Jabłoński. Ze Staszkiem zacząłem żeglować w klasie Micro. Nie jest człowiekiem zbyt rozmownym, za to każde wypowiadane przez niego słowo ma swoją wagę. Karol, to najbardziej utytułowany polski żeglarz, zdystansowany i skupiony, absolutny pasjonat tego co robi. Tytan pracy i poświęcenia. Wymagający tak samo wiele od siebie, jak i od innych. Ja działam podobnie, pewnie kosztem innych rzeczy w życiu.

M.M.: Które z osiągnięć sportowych najbardziej sobie cenisz?
P.T.: Myślę, że mój pierwszy tytuł mistrza świata, jako skippera w 2000 roku w Warnemunde. Ucieszyło mnie również zwycięstwo w Sopot Match Race podczas 10-tych, jubileuszowych regat 3 lata temu, kiedy na ostatniej prostej pokonałem mojego mistrza Karola Jabłońskiego – to było coś niesamowitego! Niezwykły dzień, spektakularny pojedynek, emocje rozgrzane do granic możliwości – tak jak lubię. Cenię sobie również ubiegłoroczny brązowy medal, który przywiozłem z Mistrzostw Europy w St. Petersburgu – medal dlatego tak dla mnie cenny, bo pierwszy w barwach Cosmopolitan.

M.M.: Czy oprócz żeglarstwa masz również inne pasje?
P.T.: Dużo czytam, ale boleję nad tym, że mam za mało czasu na czytanie. Miałem to szczęście, że dzieciństwo spędziłem bez komputera i mogłem dosłownie zaczytywać się. Na Seszele tata zabrał dla mnie wielką drewnianą skrzynię wypełnioną lekturami, bo wiedział, że w tropikach wieczory są długie. Bardzo lubię też biegać. Odkryłem ten sport dopiero 4 lata temu i poświęcam mu ostatnio coraz więcej czasu. Bieganie pozwala mi się zresetować, daje endorfinę, dystans i twórczy napęd do pracy.

M.M.: Co to znaczy dla żeglarza – złapać wiatr w żagle?
P.T.: Pracujemy nad czymś bardzo intensywnie, często jest to droga wyboista, czasem się nie układa i trzeba zmienić swoje plany życiowe, poświęcić je. Nagle dochodzimy do punktu, w którym wszystko znów rusza do przodu. Oczywiście nie zawsze, bo przecież fale nigdy nie obierają tego samego kierunku. Trzeba próbować znów zmienić życie – naciągnąć liny żagli, poukładać swoje sprawy. Ale sama świadomość, że przez moment wiatru w żaglach możemy spektakularnie przyspieszyć – daje nadzieję.

0 komentarze: