Azja,

Tajlandia: wywołałam wojnę

22.6.11 Anonimowy 0 Comments

Ku swojej korzyści wywołałam wojnę. Najpierw poszłam do jednej agencji. Zbiłam cenę do minimum (2 godziny negocjacji - pan prawie zaczął płakać), a następnie poszłam do drugiej. Powiedziałam, co tamci mi zaproponowali. Ci drudzy się zbulwersowali bo "trust" zakazywał zbijanie ceny do takiego minimum. Nie wierzyli mi i zaryzykowali. Myśleli, że blefuję. Jeżeli pójdziesz tam i napiszą ci, że za taka cenę zyskasz to i to, to damy Ci to samo plus literaturę za tyle i tyle mniej. No i poszłam. Sięgnęłam wzrokiem o karteluszek z pieczątką. Swój karteluszek niby zgubiłam. Napisali. I dostałam, co chciałam. Suka ze mnie. Gdyby mnie było stać sytuacja wyglądałaby inaczej. A nie stać. W taki wiec podły sposób zdobędę certyfikat nurka. Na Kho Tao ;) Grrrr...

Tymczasem siedzę w restauracyjce na ruchliwej ulicy turystycznej Bangkoku Khao San. Robi się ciemno, pije się piwo, nabiera się ochoty. Obserwuje słodkich, podekscytowanych homoseksualistów w żywiole (większość jest o wiele bardziej kobieca niż niejedna z nas), białe kobiety eksponują ciężarnie wyglądające brzuchy (czym ja się przejmuje?) i kocicowate Tajki łypiące biodrami na lewo i prawo. Niesamowitych mężczyzn też nie brakuje - zwykle zajęci lub polujące na małe. Zwierzęcy instynkt. Nogawki niektórych mało nie pękają ;). Wszystko tchnie obietnicą nadchodzących godzin. Wszyscy wydają się podrażnieni, węszący, prezentujący swoje wdzięki, ekscytujący się tętnem muzyki.

"Under the bridge" Red Hot Chilli Peppers. Pamiętam pierwsze piętro w liceum...

Pan zmaga się z chmurą balonów.

Wszechogarniająca, podszyta seksualnym uniesieniem tandeta.

 

Wpis pochodzi z bloga cyntya.blog.pl

0 komentarze: